MARZENIE O MARATONIE, cz. 1

Nasze hasło brzmi: „To Ty decydujesz, a nie Twoje stawy!”. Cieszymy się, że ciągle znajdujemy osoby, które swoją postawą udowadniają, że to właśnie one decydują!

Chcielibyśmy przedstawić Wam kogoś, kto w szczególny sposób jest dla nas inspiracją. W październiku nasz gość skończy 39. lat, ma żonę i trójkę dzieci, a na co dzień zajmuje się marketingiem. Przez większość życia mieszkał w Warszawie, ale od kilku lat przebywa na wsi, gdzie od lasu dzieli go jedynie 200 metrów, dzięki czemu każdego dnia może zobaczyć przez okno sarny, dziki, zające i bobry. Interesuje się również muzyką, ale nie tylko jej słucha, ale również gra na gitarze i śpiewa. Ponadto lubi czytać książki i kocha sport. Jest osobą, która jest bardzo aktywna.

Naszym gościem jest Pan Michał Drozd, który od 2012 roku aktywnie trenuje biegi, a od 2014 roku startuje cztery razy do roku w ultra maratonach wysokogórskich.

Panie Michale, jak narodził się u Pana pomysł na bieganie po górach?

Już w szkole uczestniczyłem w różnych zawodach. Marzyłem, żeby zostać koszykarzem, ale mój wzrost nie pozwolił mi na to. Jedyną rzeczą, która pomimo upływu lat nie zmieniła się, to moje zamiłowanie do gór. Od zawsze uwielbiałem podziwiać ich piękno, chodzić i odkrywać nowe szlaki. Pociągał mnie też sport. Dlatego postanowiłam połączyć te dwie rzeczy. Kiedyś dużo chodziłem po górach, a teraz często biegam i to w wielu miejscach w Europie.

Jest Pan osobą bardzo aktywną. Czy było tak zawsze?

Sport kręci mnie od zawsze. Żyję bardzo aktywnie. Kiedy byłem w szkole podstawowej, każdą wolną chwilę spędzaliśmy z kolegami na boisku. Biegałem już w podstawówce – byłem reprezentantem szkoły i zajmowałem już pewne miejsca w rankingach. Nigdy nie byłem szybki, więc preferowałem długie dystanse. Jednak wtedy nie przyszło mi do głowy, że mógłbym trenować bieganie. Dobrze pamiętam, że w 8 klasie szkoły podstawowej zająłem 1 miejsce w biegu z okazji Dnia Dziecka. Byłem z tego bardzo dumny, bo wyprzedziłem zawodników o jakieś 400 metrów. Jednak wtedy nie zakładałem, że mógłbym zajmować się tym na poważnie. Na studiach miałem za mało czasu na swoje pasje. Później doszła praca zawodowa, a z nią kilka kilogramów więcej… po pewnym czasie stwierdziłem, że coś z tym trzeba zrobić. Postanowiłem wziąć się za bieganie, bo wydawało się to najprostsze, a praca zawodowa ze względu na to, że była bardzo absorbująca, sprawiała, że trudno było ustalić, kiedy będę miał wolny czas. Do amatorskiego biegania wróciłem w 2005 roku. Wychodziłem sobie po prostu pobiegać, a biegałem wtedy bardzo nieregularnie. Miałem marzenie, że pobiegnę w maratonie. I kiedy on nadszedł, to go przebiegłem, ale patrząc z perspektywy czasu, moje przygotowanie było nijakie. Potem urodziły się dzieci i wtedy nie miałem już zupełnie czasu na bieganie. Buty biegowe poszły w odstawkę.

Doskonale pamiętam, że w tamtych czasach w maratonie warszawskim startowało 2 tysiące osób, a nie tak jak teraz 10 tysięcy. Wtedy nie zwracałem uwagi na sprzęt. Spodenki bawełniane przeznaczone do gry w kosza, zwykły t-shirt, a także buty kupione przez Internet – to było wszystko, czego potrzebowałem, żeby mój debiutancki maraton przebiec w czasie mniejszym niż 4 godziny.

Takie bieganie zapewne jest bardzo angażujące dla organizmu. Jak Pana je znosi?

Mój stan zdrowia jest bardzo dobry i pozwala mi na uprawianie sportu. Rzadko choruję. Mój tryb życia jest siedząco – aktywny. Siedzący tryb wynika z charakteru pracy, bo jest to praca biurowa. Ale nawet w pracy staram się być aktywny, np. rzadko używam telefonu wewnętrznego. Gdy mam coś do załatwienia, to raczej podchodzę do tej osoby niż dzwonię. A aktywny tryb wynika z tego, że dużo przebywam na dworze. Mieszkam na wsi, z synem gram w piłkę, zajmuję się różnymi pracami ogrodniczymi. Moja cała rodzina jest aktywna. Jeśli jesteśmy na wakacjach, to na plaży przeleżymy tylko jeden dzień. Resztę wyjazdu przeznaczamy na aktywny wypoczynek i najczęściej zwiedzamy nowe miejsca i uprawiamy sport.

Z tego, co słyszymy, to z tym bieganiem było u Pana różnie. Gdzieś to zamiłowanie było zawsze, ale w sumie nie zawsze Pan biegał?

Zgadza się. W pewnym momencie mojego życia zacząłem odczuwać, że gnuśnieję, a to nie jest w moim stylu. Dlatego kiedy urodziły się już wszystkie zaplanowane dzieci i kiedy przeprowadziłem się na wieś, postanowiłem przejść na dietę i w czerwcu 2012 roku powróciłem do regularnych treningów. Pobrałem ze strony dla biegaczy plan treningowy, który zakładał 4 razy w tygodniu trening przez okres 15 tygodni – tak żeby we wrześniu tego samego roku wystartować w maratonie, który udało mi się przebiec w czasie krótszym od moich oczekiwań, czyli 3:29. I to był mój ostatni maraton asfaltowy po płaskim.

To był Pana ostatni bieg długodystansowy po płaskim? Czy to oznacza, że Panu było ciężko go dokończyć, czy raczej nudził Pana ten bieg?

Raczej to drugie. Chciałem czegoś więcej niż tylko biec ponad 40 km. Dlatego po maratonie przez rok biegałem na orientację. Są to takie biegi długodystansowe (najbardziej znanym jest Harpagan). W tych biegach dostaje się mapę z zaznaczonymi punktami, kompas i biega się po lesie w limicie czasu 24 godzin. Celem jest odnalezienie wszystkich punktów. Jednak i w tym coś mi nie odpowiadało. Może to, że miałem różne przygody, np. wylądowałem w pokrzywach i przez 15 minut walczyłem, by się z nich wydostać. Pewnego dnia nastąpił prawdziwy przełom. Postanowiłem spróbować swoich sił w biegach górskich. Moim pierwszym biegiem był bieg w Beskidzie Śląskim i ten pierwszy start bardzo mi się spodobał. Dobrze pamiętam, że stwierdziłem „WOW”, to jest to, to jest ta bajka. Od 2014 roku startuję już tylko w górach, bo to mnie kręci i dzięki temu mogę połączyć moje dwie pasje: góry i sport. Taki jeden start zajmuje mi około 5 dni, więc można powiedzieć, że jest to dla mnie taka wycieczka. To szansa, żeby w tych górach bywać częściej i zobaczyć wiele ciekawych miejsc.

Bieganie długodystansowe, i to jeszcze po górach, kojarzy się nam z kontuzjami. Jak to u Pana wygląda?

Należy odpukać w niemalowane, ale nigdy nie miałem żadnej kontuzji związanej z bieganiem. Jedyna kontuzja, jaką miałem w życiu, to w szkole – przy grze w kosza skoczyłem i wylądowałem na stawie skokowym. Kosztowało mnie to gips na okres 4 tygodni. Od biegania nie mam żadnych dolegliwości. Nie ukrywam, że trochę świadomie przestawiłem się na bieganie po górach, po miękkim terenie. Pomimo, że biegam długie dystanse, to moje stawy są mniej narażone niż przy biegach ulicznych. Trzeba wiedzieć, że biegi w górach są skomplikowane, bo nawierzchnia nie jest równa i noga bardzo mocno pracuje, ale można sobie z tym poradzić.

W jaki sposób?

Są dwa rozwiązania: jednym z nich jest odpowiednia suplementacja. Tutaj pomaga mi w tym „Litozin”, bo powoduje, że moje stawy i mięśnie dostają odpowiednie pożywienie. Drugą ważną rzeczą jest trening. Bez dwóch zdań – bez treningu nie ma dobrego biegania. Obydwie te rzeczy są bardzo ważne, szczególnie przy takich obciążeniach, jakich doświadczają osoby tak intensywnie biegające jak ja.

Panie Michale, wspomniał Pan o „Litozin”. Dlaczego zdecydował się Pan na suplementację „Litozin Activ”?

Przede wszystkim z powodu składu, bo zawiera naturalne składniki. Ponadto, przy moim poziomie aktywności suplementacja jest konieczna, a „Litozin” jest prosty w użyciu, bo wystarcza 1 tabletka dziennie. Dzięki temu nie muszę o nim cały czas pamiętać, bo po treningu łykam tabletkę i po problemie. Wydaje mi się, że jest specjalnie przeznaczony dla osób uprawiających sport.

Panie Michale, a jak wygląda taki trening, który ma przygotować Pana organizm do tak olbrzymiego wysiłku, jakim jest bieg wysokogórski?

Na wstępie chcę zaznaczyć, że solidny trening powoduje, że zawody są mniej obciążające dla organizmu. Warto więc przykładać się do treningów, ponieważ wtedy zawody nie są już takim szokiem. Mój plan treningowy – biegam 5 razy w tygodniu, a przez kolejne 2 dni, kiedy nie biegam, staram się wykonywać ćwiczenia wzmacniające organizm, bo w biegach bardzo ważna jest siła mięśni i ich stabilizacja. Samo bieganie nie wystarczy, konieczne jest wzmacnianie organizmu, np. przy pomocy pompek, przysiadów ze sztangą, robiąc deskę itp. Nie na dużych ciężarach, ale z dużą ilością powtórzeń. Podczas jednostek treningowych mam różne rodzaje biegów, np. bieg z narastającą szybkością, biegi interwałowe, długie wybiegania, skipy, podbiegi.

Maj i czerwiec to dla mnie start pierwszej części sezonu. Jesień to druga część. Pomiędzy tymi startami ustawiam sobie cykle treningowe.

Jeśli chodzi o sam start, to jest duży stres, ponieważ każdy start jest dla mnie ważny. Staram się być skoncentrowany i powstrzymywać euforię, bo ona do niczego dobrego nie prowadzi. Jeśli za szybko się zacznie, to szybko się skończy, nie dobiegając do mety, bo po prostu zabraknie siły. Adrenalina jest na starcie, ale potem słabnie i dobrze jest ją w sobie wyzwolić, bo kiedy jest moment kryzysowy, pobudza i daje możliwość otrzymania lepszych efektów.

Chwile słabości – kiedy przychodzą i jak Pan sobie z nimi radzi?

Mam kilka sposobów: np. muzyka, wrzeszczenie troszkę na samego siebie, zjedzenie 3 żeli, które mają na celu szybkie dostarczenie energii, przywrócenie sił podczas pokonywania długich dystansów, a czasem po prostu chwila na przeczekanie, odpuszczenie sobie. Podczas ostatniego biegu nie poradziłem sobie z tymi słabościami, odpuściłem, ale to mnie nauczyło, żeby tego nie robić i nie będę tego robił w przyszłości. Bo kac, który później jest na mecie, jest olbrzymi. Najważniejszą rzeczą jest dla mnie to, że nigdy nie zdarzyło mi się zejść z trasy przed metą i nie chcę, by to kiedykolwiek mi się przytrafiło.

Wspominał Pan o żelach, które Pan je podczas biegu, a jak wygląda Pana dieta?

Niewątpliwie od czasu, kiedy zacząłem biegać, moja dieta się zmieniła. Jem dużo więcej warzyw. Chipsów nie jadam, ale moim największym grzeszkiem jest czekolada i jadam jej dużo. Zwracam też uwagę na to, co jem. A dzięki temu, że biegam, mogę bardzo dużo zjeść i jest to komfortowe. Można to zaliczyć do korzyści z biegania. Jeśli chodzi o mięso, to je jadam, ale o wiele mniej niż wcześniej, choć też zdarzają mi się okresy, kiedy nie jadam go wcale. Średnio jadam dziennie 5 posiłków. Zaczynam od śniadania zaraz po treningu, a ostatni posiłek staram się zjeść przed godziną dziewiętnastą.

Co Pan jada najczęściej?

Lubię sery, jajecznicę, dużo fasoli i innych strączkowych warzyw. Odkryłem najróżniejsze koktajle na bazie mleka, warzyw i owoców, bo tego wcześniej nie spożywałem. W weekendy piję trochę wina.

Wspomniał Pan, że bieganie zmieniło Pana nawyki żywieniowe. A jeśli miałby Pan powiedzieć, czym jest dla Pana bieganie?

Czym jest dla mnie bieganie? Myślę, że składają się na nie trzy rzeczy:

  • jest szansą na odreagowanie po stresach dnia codziennego. Umożliwia wydzielanie się cennych endorfin i wyrzucenie skumulowanego stresu;
  • bieganie po górach jest dla mnie powrotem do tego, co kocham, obcowaniem z pięknem przyrody;
  • bieganie to rywalizacja, którą uwielbiam. Nawet jak w przeszłości gdzieś grałem, to nie tylko dla samej zabawy, bo bardzo mocno nakręcało mnie nastawienie na wynik. Nie walczę o zwycięstwo, ale walczę o wynik, o swoje cele, które przed sobą stawiam.

Ja zaczynam dzień od biegania. Dzięki temu mam szansę zacząć dzień od prawdziwego kopa i zdobyć super energię na cały dzień. I to jest zaskakujące, bo lubię raczej posiedzieć wieczorem. Jednak miłość do biegania bierze górę i przyzwyczajam się do tego, by wstawać wcześnie rano.

Wróćmy do samego biegania. Jeśli Pan biegnie, to o czym Pan myśli?

Jest to bardzo trudne pytanie. Z tego co mi się wydaje, to Murakami napisał całą książkę na ten temat. Jeśli o mnie chodzi, to tylko na początku o czymś myślę. Dużo osób mówi, że może przemyśleć całe życie, bo ma dużo czasu, ale jednak bardzo często po pierwszych 15 minutach, to ja sobie po prostu biegnę. Staram się wsłuchiwać w swój organizm, zrealizować swój trening, bo tam są określone ilości powtórzeń, interwały. Jeśli mam wolne wybiegania, to często sobie jakieś rzeczy przemyślę, ale to nie jest tak, że jakoś intensywnie myślę, bo nawet jeśli mi się uda, to często bywa tak, że przybiegnę do domu i po kwadransie o tym zapominam i nic z tych przemyśleń nie wychodzi (śmiech). Możliwe, że sobie pewne rzeczy porządkuję, ale bardziej przeżywam takie oczyszczenie. Czasami udaje mi się wpaść na jakiś pomysł, ale rzeczywiście to tylko pomysł, a nie uporządkowanie, bo przecież nie mam możliwości tego sobie zapisać.

… a czy podczas biegu słucha Pan muzyki?

Podczas treningów zwykle nie słucham, bo biegam po lesie, a tam jest fajnie, są dziki, inne zwierzęta i lepiej słyszeć to, co się wokół dzieje. Ale muzyka pomaga. Nie bez kozery dla profesjonalistów takich, co biegają maratony na Olimpiadzie, muzyka jest zakazana, bo jest uważana za środek dopingujący. Kiedyś podczas zawodów zdarzyło mi się, że mając kryzys włączyłem mp3 i muzyka podkręciła. Jestem dzieckiem ostrego grania i tego typu muzyka daje prawdziwego kopa. Jak mam mieć już coś w słuchawkach, to jest to np. Metallica, System of Down. W Internecie można znaleźć utwory muzyczne, które zakładają bieganie w rytmie, by wykręcić 180 kroków na minutę. Ja jednak wolę i wybieram mocnego rocka. Podsumowując, w czasie treningów raczej nie słucham muzyki, ale w trakcie długich wybiegań, kiedy są zawody, wtedy już słucham.

Zapraszamy do drugiej części artykułu.

Your goods are now in the shopping basket. To receive a discount you need to be logged in as a member
Log in i Become a Member